10 czerwca 1952 roku w samym centrum Poznania rozbił się bombowiec Pe-2. Dziewięć osób zginęło, a co najmniej dziesięć zostało poważnie rannych. Była to największa katastrofa lotnicza z udziałem wojskowego samolotu w Polsce, w której ofiary stanowiło cywilne ludzkie życie. Ciekawostką jest, że ta straszna tragedia przez długi czas była trzymana w tajemnicy, jak informuje poznan-future.eu.
Użycie radzieckiej techniki

W tamtych czasach polska armia korzystała z radzieckiej techniki, która pozostała po II wojnie światowej. W jej skład wchodziły m.in. często używane bombowce Pe-2. Radzieccy piloci, którzy przyjeżdżali do Poznania, byli zaskoczeni, że w Polsce nadal wykorzystywano przestarzałą technikę, która znajdowała się w złym stanie technicznym. W 1950 roku radzieckie jednostki bombowej aviacji otrzymały nowocześniejszy samolot Il-28, który zastąpił Pe-2.
Fatalny dzień, ofiary

10 czerwca 1952 roku, o godzinie 8:15 rano, dwusilnikowy bombowiec Pe-2, należący do 2. eskadry 21. pułku wywiadowczego, pilotowany przez podporucznika Zdzisława Larę, wystartował z lotniska Ławica. Na pokładzie znajdował się nawigator Stanisław Kucz i radiotelegrafista Józef Bednarek. Załoga wykonywała lot treningowy wokół Poznania. Niedługo potem pilot zgłosił awarię prawego silnika i skierował samolot w stronę lotniska Ławica, wysuwając podwozie. Prawdopodobnie miał zamiar lądować awaryjnie. Jednak w miejscu, w którym zamierzał lądować, znajdowało się wielu dzieci grających w piłkę. Dlatego musiał wykonać awaryjne lądowanie w innym miejscu. W ciągu kilku minut samolot zaczął opadać. Bombowiec uderzył podwoziem w dach jednej z budowli, a następnie rozbił się o nasyp budowanego wówczas mostu Juliana Marchlewskiego. Po czym odbił się i uderzył w górny słup linii tramwajowej. Nastąpiła bardzo silna eksplozja paliwa i amunicji, ogień objął drzewa i pobliskie budynki.
W wyniku tej tragicznej katastrofy Zdzisław Lara i Józef Bednarek zginęli na miejscu. Stanisławowi Kuczowi udało się przeżyć moment upadku samolotu, ponieważ przed uderzeniem podwoziem w dach magazynu, otworzył właz, najprawdopodobniej mając zamiar wyskoczyć z spadochronem, ale wysokość była zbyt mała. Podczas uderzenia kół o dach, Kucz wypadł z kabiny na stertę kamieni. Został przewieziony do szpitala, ale z powodu ciężkich obrażeń zmarł. Oprócz trzech członków załogi, na miejscu zginęło 9 osób (pracownicy zakładu telekomunikacyjnego i przypadkowi przechodnie).
Śledztwo w sprawie katastrofy

Awiacja katastrofy została zbadana przez komisję pod przewodnictwem ówczesnego szefa polskich sił powietrznych, generała Iwana Turkiela, przez trzy dni. Po wstępnym przeglądzie miejsca katastrofy ustalono, że w czasie lotu nagle przestał działać prawy silnik (zgięła się tuleja cylindra). Jednak winą za katastrofę obarczono pilota Zdzisława Larę, który rzekomo uległ panice i niewłaściwie przeprowadził awaryjne lądowanie. Po tych wstępnych badaniach komisja działała niezwykle szybko, prawdopodobnie kierując się politycznymi względami tamtego czasu. Potwierdza to fakt, że nie podjęto próby ustalenia, kiedy dokładnie doszło do awarii w trakcie lotu i w jakim stanie był drugi silnik. Czy działał on do końca, czy także uległ awarii.
Cztery dni po katastrofie Turkel nakazał sprawdzenie silników bombowców Pe-2, w szczególności szczelności uszczelki górnej tulei cylindra. Prawdopodobnie wykryto wadę techniczną. W efekcie sześć silników zostało rozebranych, a cztery naprawiono bez demontażu.
Piloci wiedzieli, że bombowce Pe-2 znajdują się w złym stanie technicznym, więc nie było nic dziwnego w tym, że doszło do awarii silnika. Zgodnie z wypowiedziami pilotów, w 1952 roku załogi Pe-2 wykonywały loty treningowe z ładunkiem bombowym przekraczającym normy ustalone przez twórców samolotu. Katastrofy tych bombowców zdarzały się nawet wśród załóg z dużym doświadczeniem.
15 lipca 1952 roku miała miejsce podobna katastrofa z inną załogą. Po starcie, pilot samolotu Pe-2 Kazimierz Niewiadomski i podporucznik-nawigator Marian Przebisz byli zmuszeni do lądowania na kadłubie, 13 km na zachód od lotniska Ławica w Poznaniu. Załodze się udało, ponieważ podczas bocznego zsuwu koniec skrzydła zahaczył o duże drzewo akacji, które przeszło między dźwigarami skrzydła i doszło do prawego silnika. W tym samym czasie ogon samolotu uderzył w słup telegraficzny i odłamał się. Załoga doznała drobnych obrażeń, a samolot został przeznaczony do złomowania.
Tajemnica owiana mrokiem
W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, za czasów rządów Stalina, było absolutnie nieakceptowalne, aby wspominać o awariach radzieckiej techniki wojskowej. Centralne Biuro Kontroli Prasy, Publikacji i Wystąpień cenzurowało każdy tekst tego typu, opublikowany w prasie lub nadany przez Polskie Radio. W publikacjach zakazywano informowania o wypadkach z udziałem sprzętu wojskowego lub samolotów. Cenzorzy uznawali takie informacje za ujawnienie tajemnicy państwowej.
Świadkowie i rodziny cywilnych ofiar, żołnierze, zachowywali milczenie. Z obawy przed represjami, katastrofa bombowca, która zakończyła się pożarem i śmiercią 9 osób, była owiana tajemnicą przez ponad pół wieku.